Od autora.

W zeszłym roku i na początku obecnego byłem na siedmiu ciekawych wyprawach.

Gruzja, żeglarski rejs po Adriatyku, Indochiny, świąteczny wyjazd rodzinny czy w końcu trzy wyprawy narciarskie.  Wszystko to dokładnie opisałem i we wrześniu ukazała się książka.

W planach miałem spotkania autorskie, prezentacje, dzielenie się moimi przeżyciami z tych podróży. Koronawirus zniweczył te plany. Czy w takiej sytuacji można coś temu zaradzić ? Chyba jednak można.  Czasu mam aż za dużo i pomyślałem, że może mi się uda przy pomocy internetu i mediów społecznościowych chociaż w części zrealizować te plany.

Na mojej stronie internetowej zamieszczę foto relację z tych wypraw z fragmentami opisu, który jest treścią książki. Będę też aktywny w tym temacie na Facebooku. Jeżeli Was zaciekawię, może znajdą się chętni do nabycia mojej książki. Na terenie kraju będę ją przesyłał na mój koszt, po przelaniu 39 zł na konto.  Każdy może zażyczyć sobie umieszczenia dowolnej dedykacji od autora (sprzedałem już prawie 200 egzemplarzy i wiem, że często są one kupowane na prezenty dla bliskich osób). W Iławie książkę można kupić w punkcie Informacji Turystycznej w ratuszu i w sklepie „Karolinka” na ulicy Okulickiego 4.

Jeżeli chcesz poznać jak żyje „Emeryt z ADHD” zachęcam do lektury.

Nr konta  44 1240 1604 1111 0000 1383 2148

Gruzja

Wszystkie posiłki jedliśmy na tarasie położonego tuż obok starego domu, który składał się z kuchni, pomieszczenia z kominkiem (tam są posiłki w razie niepogody) i klimatycznego tarasu. Ten stary dom znajdował się na działce rodziców, a Giga rozebrał go i przeniósł w pobliże domu, gdzie są pokoje dla turystów.

Tego wieczoru na kolacji mieliśmy towarzystwo – małżeństwo Belgów (przyjechali fajnym starym citroenem – jechali z Belgii samochodem do Warny w Bułgarii, potem statkiem do Batumi, dalej mieli jechać do przyjaciół w Armenii, dla których był ten stary samochód). Do kolacji dołączył także Giga, który poprzedniego wieczoru zapowiedział, że dziś będziemy do kolacji pili czaczę jego produkcji. I zgodnie z obietnicą od początku kolacji była ona polewana (z litrowej butelki po naszej dębowej). Rozmowy były bardzo „international”. Ja z Gigą rozmawiałem i wznosiliśmy toasty po rosyjsku, Giga z Belgami rozmawiał po niemiecku, a Dzidka po angielsku. Z każdym kieliszkiem czaczy konwersacja była łatwiejsza. Jednym z dań, które zaserwowała na kolację Maiko, była gruzińska zupa-gulasz kharczo. Jest to zupa na bazie wołowiny, cielęciny i kurczaka, doprawiona zielonymi śliwkami, orzechami włoskimi, czosnkiem, cebulą i dużą ilością zieleniny, z kolendrą na pierwszym miejscu. Nie za bardzo pamiętam, ile tej czaczy wypiliśmy, ale Dzidka mówiła, że trzymałem się dobrze. Spałem jak suseł. Podobno w nocy była niezła burza, ale mnie ominęła.

Indochiny

Doświadczenie Andrzeja i Ewy w zakresie wyjazdów do tropików było bardzo pomocne przed podróżą. Po pierwsze szczepienia. W internecie poczytałem, że tematem zajmują się przychodnie medycyny podróży. W pobliżu naszego miejsca zamieszkania znalazłem taką w Olsztynie, ale gdy tam zadzwoniłem, żeby umówić się na wizytę, okazało się, że gabinet już nie działa. Odesłano mnie do Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej, w której pracuje lekarz mający specjalizację z medycyny krajów tropikalnych. Podczas pierwszej telefonicznej rozmowy pan doktor zapytał mnie, gdzie się wybieramy i na jak długo, a potem zrobił mi wykład o potrzebnych szczepieniach. Według niego potrzebnych było kilkanaście różnych szczepień, żeby mieć pewność, że jesteśmy dobrze zabezpieczeni, ale też nie tak do końca. Podziękowałem i postanowiłem poszukać kogoś mniej przezornego, bo od Andrzeja wiedziałem, że powinno się to skończyć na kilku szczepieniach. W końcu znalazłem prywatną placówkę w Gdańsku i tam umówiłem się na wizytę. Miła pani doktor w średnim wieku, po zapoznaniu się z planem naszej wyprawy, stwierdziła, że minimum, jakie musimy wykonać, to szczepienia na żółtaczkę typu A i B, dur brzuszny oraz błonicę, krztusiec i tężec. Teraz mamy je już za sobą, z tym tylko, że trzecią dawkę szczepienia na żółtaczkę przyjmiemy w lutym. Dowiedzieliśmy się też, co zabrać ze sobą z leków, żeby być przygotowanym na nieprzewidziane choroby podczas podróży. Mieszane uczucia mamy tylko w kwestii przyjmowania malaronu, który ma być zabezpieczeniem przed malarią. Dzidka jest za, ja się jeszcze waham, jak ten góral z dowcipu:

Stoi góral z podbitym okiem w słoneczny poranek przed izbą i się tak jakoś buja. Przechodzący turysta pyta się górala: „Dlaczego, baco, tak się bujacie?”. „A bo wiecie, panocku, ja się jeszcze wahom”. „Co to znaczy, baco, że się wahacie?”. „Ano byłem wczora z mojom Maryśka na weselu u Józka Gąsiennicy. Wesele, że ho, ho… Mnie morda porządnie obili, Maryśka zgwałcili, a dziś poprawiny. Maryśka pada, że bezwarunkowo idzie, a się jeszcze wahom”.

Lecimy Boeingiem 787 Dreamliner katarskich linii lotniczych. Pierwszy  etap podróży z Warszawy do Doha w Emiratach Arabskich potrwa 6 godzin i 20 minut. Dreamliner zabiera na pokład 254 pasażerów, ma 57 metrów długości i 60 metrów rozpiętości skrzydeł. Prędkość przelotowa to 913 kilometrów na godzinę, zasięg 15 tysięcy kilometrów. W klasie ekonomicznej, w której teraz lecimy, po dziewięć siedzeń w  rzędzie, w oparciu każdego fotela ekran dotykowy – możliwość śledzenia trasy lotu, muzyka, filmy, gry. Fotele są bardzo wygodne, pozwalają przyjąć swobodną pozycję do spania. Nie dość, że oparcie wychyla się dość mocno do tyłu,  to jeszcze siedzisko przesuwa się nieznacznie do przodu. Na  każdym fotelu  poduszka i kocyk. Po godzinie podano gorący posiłek. Jak na kuchnię samolotową był nawet niezły. Dwa rodzaje sufletu podane z sosem warzywnym i pomidorami oraz sosem ze szpinakiem. Do tego pyszny deser: w sporym plastikowym kubeczku kawałki ananasa, melona, maracui i winogrona. Kubeczek jogurtu jagodowego i do wyboru kawa, herbata lub sok owocowy. O dziwo, do spożywania posiłku podano ładne metalowe sztućce. Z pokładowej mapy wynikało, że posiłek jedliśmy, znajdując się nad Ankarą. Można też poprosić o środek nasenny. Ja zażyczyłem sobie jakiś koniak lub brandy i dostałem sporą szklaneczkę armaniaku. W moich wspomnieniach z podróży jest sporo o jedzeniu i piciu, więc muszę się na moment zatrzymać przy tym trunku. Armaniak to coś więcej niż koniak. Mówi się, że Francuzi dali światu koniak, a sobie zostawili armaniak. To leżakowany w dębowych beczkach destylat z winogron produkowany w Gaskonii, która leży w południowo-zachodniej Francji u podnóży Pirenejów, pomiędzy rzekami Adour i Garonną. Roczna produkcja armaniaku nie przekracza 10 milionów butelek, a na przykład szkockiej whisky sprzedaje się rocznie do miliarda butelek. Właśnie taki niszowy trunek podawali na pokładzie Quatar Airways. Andrzej potem żartował, że zamawiali jeszcze dwa razy, ale mnie nie chcieli budzić, bo tak smacznie spałem po pierwszym kubeczku.

Po powrocie i półgodzinnym odpoczynku decydujemy się z Dzidką zaliczyć jeszcze świątynię Wat Chomsi. Od hotelu nie jest to daleko, ale samo podejście to 355 stopni. Z naszą kondycją nie jest jeszcze tak źle, bo w całkiem dobrej formie dość szybko wdrapujemy się na wzgórze. Sama świątynia to malutki budynek i nie tak bogata jak poprzednie, ale za to z tarasu obok niej są niesamowite widoki na panoramę miasta. Robimy sporo zdjęć i wracamy. Dzidka decyduje się jeszcze poszwendać między rozkładającymi się straganami nocnego targu, ja wracam prosto do hotelu.

W hotelowym lobby kelner proponuje mi jakiś zimny drink – dziękuję i proszę o kawę. Nad termosami na stoliku z kawą i herbatą umieszczono półkę, coś w rodzaju minibarku. Stoi na niej kilkanaście napoczętych butelek z różnymi napojami alkoholowymi. Są nawet dwie butelki laotańskiej whisky, jedna z wężem w środku, a druga ze skorpionem. Proszę o szklaneczkę Snake Whisky. Być w Rzymie i papieża nie widzieć, to tak jak być w Laosie i żmijówki nie wypić. Smak całkiem fajny, ale aromat obrzydliwy. Powiedziałbym, że to prawie padlina. Dobrze, że powstrzymałem kelnera, gdy mi nalewał, więc mam tylko kilka łyków, bo pewnie więcej bym nie wypił.

Wieczorem w czwórkę idziemy na bulwar nad Mekongiem na nietypową kolację. Na chodniku ustawionych jest kilkanaście stolików, a na każdym z nich na środku coś w rodzaju kamiennego grilla z żarzącymi się już w środku węglami. Wstęp kosztuje 70 kipów od osoby. Obok stolików długi prostokątny stół, na którym niesamowita ilość  wszystkiego co nadaje się do grillowania. Na ten kamienny grill kelner stawia coś w rodzaju metalowego wypukłego pojemnika i do rynienki wokół niego wlewa przygotowany wcześniej bulion. Wkładając do bulionu wybrane przez siebie składniki, przygotowujemy zupę, na  kulistym ruszcie z otworami smażymy, co się nam podoba. Cena 70 kipów to możliwość jedzenia bez ograniczeń w ilości i w czasie. Do tego obowiązkowo piwo, za które płacimy już dodatkowo. Spędzamy tu przeszło półtorej godziny i wychodzimy objedzeni jak bąki. Ciekawy jestem, ile przy takim jedzeniu przytyję na tej wyprawie. W Gruzji po 10 dniach pobytu i też pysznym jedzeniu przytyłem 2 kilogramy, a tu myślę, że będzie więcej.

Tam czeka już na nas Thai z dwudziestokilkuletnią dziewczyną o imieniu Wi, która będzie naszą przewodniczką podczas nocnego vespa city tour. W Wietnamie skuter to najpopularniejszy środek lokomocji. Podobno w samym Sajgonie jest ich 13 milionów. Vespa to kultowa marka włoskich skuterów, produkowana od 1946 roku i bardzo popularna na całym świecie. Wychodzimy przed hotel, gdzie stoi pięć kolorowych vesp, a przy każdej z nich młody kierowca. Wi tłumaczy, że dla bezpieczeństwa nie mogą pozwolić nam na samodzielne prowadzenie skuterów, bo statystyki mówią, że 95 procent Europejczyków, którzy wypożyczyli w Sajgonie skutery, miało wypadki. Dostajemy kaski, Wi robi nam pamiątkowe zdjęcie i ruszamy. To jest po prostu ostra jazda „bez trzymanki”. Kiedy obserwuje się z chodnika, jak poruszają się tu pojazdy, a szczególnie skutery, robi to duże wrażenie, ale uczestniczenie w takiej jeździe to naprawdę niepowtarzalne przeżycie. Po przejechaniu jakichś 3 kilometrów zatrzymujemy się w wąskiej uliczce, gdzie Wi kupuje dwie wielkie bagietki nafaszerowane mięsem i zieleniną. Wsiadamy na skutery i jedziemy do klimatycznej knajpki znajdującej się kilka przecznic od głównych ulic. Dostajemy tu bezalkoholowe koktajle i pałaszujemy buły od Wi (podobno najlepsze w Sajgonie). Robimy fotki i w dalszą drogę. Obrazki, które mi zapadają fotograficznie w pamięci, są niesamowite. Dwoje dorosłych na skuterze, a pomiędzy nimi stojący na siedzeniu trzyletni brzdąc. Młody chłopak wiozący na skuterze chyba z 1,5-metrowej wysokości wieniec pogrzebowy na stelażu, a w drugiej ręce tabliczkę nagrobną. Młoda dziewczyna z nogami „do samej szyi” siedząca za kierowcą w pozycji amazonki. Rodzina 2 plus 3 na stareńkim skuterze –  przed kierowcą maluch, za kierowcą drugie dziecko, potem mama i jeszcze jedno dziecko.

Znowu z głównej ulicy skręcamy w jakieś zaułki i po chwili Wi prowadzi nas do kolejnej knajpki. Idziemy na trzecią kondygnację, gdzie czeka na nas nakryty stół. Bambusowe ściany wysokości 1,2 metra, a pod nimi szpaler wysokiej ozdobnej trawy. W oczekiwaniu na jedzenie idę popstrykać trochę zdjęć. Wchodzę po drewnianej drabince na czwartą kondygnację i nie mogę uwierzyć. Wokoło kilkudziesięciopiętrowe wieżowce, których z sali, w której będziemy jeść, w ogóle nie było widać. Po kilku minutach stół zastawiony jest obficie. Ilość potraw robi wrażenie. Grillowane krewetki królewskie, małże w naleśnikowym cieście, sałatka z kalmarów z kolorowymi kwiatami, mule w sosie winnym,  kawałki ośmiornic z orzeszkami ziemnymi podane w muszelkach, świetne sajgonki w cieście ryżowym. Do tego kilka kokilek przeróżnych sosów i ryż na chrupko. Od Wi dowiedzieliśmy się, że aby uzyskać taki efekt, do ugotowanego wcześniej ryżu, który podgrzewa się na oliwie w woku, dodaje się niewielką ilość ryżu suchego. Do tego piwo podane w dużych ozdobnych kuflach, u góry mocno oszronionych. Prawdziwa uczta. Spędzamy tu jakieś 45 minut.  Teraz pojedziemy na najlepszy podobno w Sajgonie deser. I znowu kilka kilometrów jazdy „bez trzymanki”. Uliczki są bardzo wąskie, oddaliliśmy się już sporo od centrum. Zatrzymujemy się w niedużym lokalu o niewyszukanym wystroju – pomimo późnej godziny jest prawie pełny. Dostajemy desery na zimno z kawałkami lodu: dziewczyny nasiona lotosu i kostki kokosa, my jakieś słodkie owoce wyglądem przypominające orzeszki ziemne i okrągłe kawałki słodkiego tropikalnego owocu. Okazuje się, że lokal istnieje już ponad 60 lat, jego założycielka i właścicielka  zmarła w wieku 99 lat, ale jej rodzina kultywuje tradycje. Jak deser, to myślałem, że to już koniec vespa tour, ale okazało się, że byłem w błędzie. Teraz jedziemy już krótko, ale wąskimi i krętymi uliczkami zapuszczamy się w takie miejsca, że sam nawet w dzień miałbym obawy, czy będzie tam bezpiecznie. Zatrzymujemy się przed jakimś odrapanym budynkiem. Wi prowadzi nas na jego zaplecze wyglądające jeszcze gorzej. Po skorodowanych, metalowych schodach wchodzimy na pierwsze piętro, otwieramy drzwi i nie chce się nam wierzyć. Stylowe, ceglane wnętrze, wysokie barowe stoliki i stołki, przyciemnione światła i imponujących rozmiarów bar, za którym krząta się trzech barmanów. Na stolikach świece. W tle jakiś utwór Freddiego Mercury. Kelner przynosi karty, a Wi informuje, że możemy zamówić coś mocniejszego na zakończenie wieczoru. Dzidka i Andrzej wybierają drinka o nazwie Whisky Magic (burbon, papryka chili, czekolada, imbir i bitter spice). Ewa multidrinka z whisky, rumem i jeszcze wieloma dodatkami niealkoholowymi. Ja wyłamuję się z konwencji i zamawiam tequilę z limonką i solą. Gdyby to ode mnie zależało, zostałbym w tym lokalu jeszcze ze dwie godziny, zamawiając na własny koszt kilka tequilek. Ale przecież kierowcy czekają. Od Wi dowiadujemy się, że to studenci zrzeszeni w jakimś klubie miłośników vespy, którzy na zlecenie firmy, w której pracuje Wi, wykonują takie skuterowe city tour. Na odchodne Wi zaskakuje nas prezentami. Każda para otrzymuje elegancko wykonany albumik z kilkunastoma zdjęciami zrobionymi przez Wi tego wieczoru, nie wiem kiedy wywołanymi i oprawionymi. My rewanżujemy się pieniężnym „giftem” (to u nich przyjęte i mile widziane) i wracamy do hotelu. Te 3 i pół godziny było czymś naprawdę fajnym. Znowu mogę powiedzieć, że to „wyprawa szyta na miarę”.

Adriatyk

Z pewnymi kłopotami wynikającymi z braku doświadczenia części załogi (w tym i mnie) szczęśliwie cumujemy przy nabrzeżu. Ja jako drugi oficer spełniam swój obowiązek i polewam dziewięć „kielonków” czegoś mocniejszego, by zgodnie z tradycją wznieść toast „za cudowne ocalenie”. ……….

Po powrocie na jacht wznosimy pierwsze integracyjne toasty i szykujemy się do wyjścia (w pobliskim sklepiku możemy po niezłym kursie wymienić euro na kuny). Zenek zarządza ubranie strojów wyjściowych (przed wyjazdem w Iławie zrobiłem dla wszystkich niebieskie t-shirty z sylwetką żaglówki, napisem „rejs Chorwacja 2019” i imieniem każdego z nas). Na zejściówce z rufy robimy pamiątkowe zdjęcie załogi i ruszamy do restauracji.

W tawernie Mote i Grgo kelner szykuje nam duży stół w ogródku przed lokalem i zamawiamy jedzenie. Obowiązkowo półmiski z owocami morza, biały świeży chleb i aromatyczną oliwę. Chleb maczany w osolonej oliwie i popijany białym winem smakuje wybornie. Dość szybko na stół trafiają trzy duże półmiski z owocami morza.  Najbardziej okazale prezentują się grillowane langustynki (krewetki królewskie) podane z frytkami. Są też oczywiście kalmary, ośmiorniczki i obowiązkowo „mala riba”, czyli smażona na głębokim tłuszczu sardela. Do tego trzy litrowe dzbany białego wina. Wszystko jest świetne i o dziwo zamówiliśmy tyle porcji, że nie „czuć malizną”. Rachunek okazał się też zupełnie znośny. Za pyszną kolację z winem zapłaciliśmy po 130 kun na osobę, czyli około 80 złotych.

Berchtesgaden

Obok nas zakwaterowałem Adasia i Paulinę i całą rodzinę Winklów. Z Tadeuszem i Zosią spędziliśmy wspólnie 5 lat na studiach, a teraz mamy dzieci i wnuki w podobnym wieku i po wielu latach odnowiliśmy kontakty. To nasz pierwszy wspólny wyjazd po 44 latach, kiedy to byliśmy razem na wczasach w Bułgarii. Pierwszy, ale na pewno nie ostatni, bo już zaplanowaliśmy wspólny wyjazd do Gruzji w czerwcu tego roku. Oni przyjechali z młodszym synem Piotrem, jego żoną Pauliną i wnukami: Filipem i Natalią. Właśnie z nimi teraz integrujemy się, wyłączając oczywiście Filipa i Natalię, którzy szaleją z pozostałymi dzieciakami (jest ich piętnaścioro). Najmłodsze pracują zapamiętale nad swoimi rysunkami, bo dziś wieczorem rozstrzygnięcie konkursu z nagrodami. Starszaki (13–16 lat), jak je nazywam, mają swoje zajęcia i dopiero późno wieczorem można je zapędzić do pokoi. Siedzimy więc w naszej świetlicy, konsumujemy napoje zaliczane do tych mocniejszych i wspominamy wspólne czasy z okresu studiów. Aż się wierzyć nie chce, że tyle lat przeleciało i tak się postarzały nasze dzieci.

Pod koniec prezentacji przyszedł do nas Piotr i powiedział, że Ela zaprasza na imprezę integracyjną na dole. Z Elą przyjaźnimy się już wiele lat, to nasza bratnia dusza, zawsze wesoła, pomocna i rzutka. Jest partnerką Piotra, z którym poznaliśmy się właśnie dzięki niej. Byliśmy wspólnie na wielu wyjazdach i imprezach, między innymi na nartach, spływach kajakowych, biwakach, sylwestrach, kuligach. Rozumiemy się bez słów i lubimy wspólnie spędzać czas. Ela należy do osób, którym wszystko pasuje, dla niej nawet spartańskie warunki są OK. Kiedy schodzimy na dół, impreza już w trwa. Ela przywiozła ze sobą mięsiwa, wędzonego węgorza i pyszne kiszone ogórki własnej roboty. Były też oczywiście odpowiednie do takiej zakąski trunki. Mój zięć, Mariusz, wcielił się w rolę didżeja (w której, jak również wodzireja czuje się jak ryba w wodzie, wiele niemrawych imprez potrafił tak rozkręcić, że kończyły się nad ranem). Powoli sala zaczyna się zapełniać i zabawa, oczywiście z tańcami, rozkręca się na dobre. Ja roztropnie zmywam się po angielsku około północy, bo jutro chcę mieć kondycję na stoki.

Po przerwie jeszcze kilka szybkich zjazdów z samej góry stoku i ruszamy na Jenner. Paulina i Adaś są tu po raz pierwszy i są zachwyceni. Widoki podczas podnoszenia się do góry 10-osobową gondolą zapierają dech w piersiach. Na samej górze zbudowano w zeszłym roku nową stację końcową gondoli, a przy niej dość duży kompleks gastronomiczno-sanitarny z bardzo dużym tarasem widokowym, z leżakami i  kocami do okrycia. Idealne miejsce do opalania. Można też podejść jeszcze trochę wyżej, dość stromą ścieżką, do punktu widokowego, z którego rozpościera się fantastyczny widok na przepiękne Jezioro Królewskie. Przypomina skandynawski fiord, a rejs po jego wodach należy do największych atrakcji regionu. W tym roku nie popłynęliśmy, ale obiecujemy sobie nadrobić to w przyszłym.

Estońska przygoda z sauną w tle i borowikami

Był rok 1988 lub 1989. Pracowałem w PSS Społem w Iławie i z wojewódzkiego związku spółdzielni w Olsztynie dostałem służbowe zaproszenie na wyjazd do Estonii w celu nawiązania kontaktów handlowych, które chętnie przyjąłem. Po kilku dniach zadzwonił do mnie kolega z innej spółdzielni – już świętej pamięci Władzio – i zapytał: „Waldek, co bierzesz na handel do Estonii?”. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie planowałem niczego zabierać, ale Władzio oświecił mnie, że taki wyjazd nie może być niedochodowy. On planował zabrać na handel perfumy „Być może”, które podobno są bardzo chodliwe i mają dobrą przebitkę. Nieśmiało powiedziałem, żeby zabrał trochę i dla mnie, pieniądze mu zwrócę, jak się spotkamy. Po przyjeździe do Olsztyna na miejsce zbiórki przed wyjazdem do Estonii spotkałem Władzia, który zaciągnął mnie do swojego samochodu,  wyjął z bagażnika dwa duże kartony „Być może” i powiedział: „Jeden dla Ciebie, drugi dla mnie, pomożesz przy sprzedaży, bo znasz rosyjski”. Byłem przerażony, ale trzeba było wierzyć w doświadczenie handlowe starego wygi. O dziwo na granicy nie było żadnych kłopotów. Na miejscu moja znajomość rosyjskiego okazała się nieoceniona, hurtowo sprzedałem w hotelu obydwa kartony perfum z całkiem niezłym zyskiem. Za zarobione pieniądze kupiliśmy jakieś złote precjoza i tę część wyprawy mieliśmy za sobą.

Gospodarze przyjęli nas bardzo serdecznie. Szefem kooperatywy (związek spółdzielni zajmujący się spożywczym handlem hurtowym i detalicznym) był bardzo młody chłopak o imieniu Iwo. Pierwszego dnia przegadaliśmy sporo czasu o możliwościach współpracy, na którą byli otwarci, i ustaliliśmy, że detale będziemy dopinać w poszczególnych spółdzielniach, kiedy ich przedstawiciele przyjadą do nas. Wieczorem była uroczysta kolacja. Stoły uginały się od jedzenia, toasty wznoszone były często, atmosfera rozluźniała się z godziny na godzinę. Byłem jednym z niewielu w naszej delegacji, który swobodnie mówił po rosyjsku i często musiałem występować w roli tłumacza. Jednak do czasu – pod koniec biesiady bariera językowa praktycznie przestała mieć znaczenie. Po zakończeniu oficjalnego spotkania Iwo zakomunikował, że zabiera mnie i Władzia do siebie do domu i u niego będziemy spali. Było już grubo po północy, ale nam to nie przeszkadzało. Okazało się, że Iwo ma całkiem duży dom, w którym czekała jego naprawdę śliczna żona (wcześniej dostała chyba wytyczne odnośnie do naszego pobytu). Dalsza część biesiady odbyła się w pomieszczeniu przylegającym do sauny (był to tak zwany pokój kąpielowy z niewielkim basenem, z tym tylko, że ustawiono w nim zastawiony po brzegi jedzeniem i piciem stół). Iwo zakomenderował, że najpierw idziemy do sauny, potem wracamy do biesiadowania. Dostaliśmy ręczniki, Iwo powiedział, że czeka na nas w środku sauny. Rozebraliśmy się do spodenek i weszliśmy. Trzeba było widzieć nasze głupie miny, kiedy w środku zobaczyliśmy Iwa i jego żonę Sarame, takich jak ich Pan Bóg stworzył. Okazało się, że dla nich to zupełnie normalne, że do sauny wchodzi bez czegokolwiek, pojęcie wstydu czy skrępowania nie istnieje. Pomimo że byliśmy już nieźle wstawieni, sauna bardzo mi się spodobała, nie mówiąc o dalszej części biesiady, którą kończyliśmy, kiedy już dobrze świtało.

To był właśnie mój pierwszy kontakt z sauną, do dziś wspominam go z pewnym rozrzewnieniem. Z tego wyjazdu utkwiły mi w pamięci jeszcze dwie rzeczy. Mówi się, że Polki to najpiękniejsze kobiety w Europie. I trudno się z tym nie zgodzić, ale zaraz na drugim miejscu postawiłbym Estonki. Ich uroda jest bardzo specyficzna. Najczęściej ciemna karnacja skóry, blond włosy i błękitne oczy. Tylu ślicznych dziewczyn jak podczas pobytu w Tallinie dawno nie widziałem.

Gudauri

Trochę informacji o ośrodku narciarskim Gudauri. Ski Resort Gudauri, bo tak reklamują go narciarskie przewodniki, jest  położony w sercu Kaukazu na wysokości 2000 metrów. Wszystkie stoki leżą powyżej granicy lasów, są idealne dla miłośników freeride’u. Generalnie okolice uchodzą za bardzo bezpieczne pod względem zagrożenia lawinowego. Ośrodek oferuje zarówno długie, jak i krótkie trasy, które zadowolą każdego narciarza i snowboardera. Gudauri ma bardzo korzystne ceny heliskiingu. Za pomocą helikoptera można w towarzystwie przewodników narciarskich dostać się na odległe szczyty, gdzie znajdują się jedne z najbardziej wymagających zjazdów na świecie. Dla „tradycyjnych” narciarzy wśród dziesiątek tras są zarówno dla początkujących, jak i bardzo doświadczonych osób. Łączna ich długość wynosi około 70 kilometrów. Dzięki położeniu pomiędzy 2000 a 3300 metrów można tu liczyć na naprawdę świetne warunki. Krzesełkowy wyciąg na Sadzale wyniesie nas na wysokość 3276 metrów, skąd prowadzi bardzo trudna czarna trasa oraz dwie wymagające czerwone (rys. 3)

Gudauri to także raj dla paralotniarzy. Są tu świetne warunki do uprawiania tego sportu. Odpowiednie prądy powietrzne pozwalają na loty trwające od 10 do nawet 20 minut. Dużą popularnością cieszą się loty w tandemie, czyli z instruktorem. Ceny zaczynają się od 290 GEL. Muszę powiedzieć, że lot paralotnią nad Gudauri jest czymś naprawdę unikatowym.

Kiedyś Gudauri było tylko leżącą przy Gruzińskiej Drodze Wojennej stacją pocztową, gdzie dyliżanse i carscy kurierzy wymieniali konie. Do połowy lat 80. stało tu kilka chałupin.  Gruzja należała jeszcze wtedy do Związku Radzieckiego. Władze w Moskwie postanowiły pozyskać Kaukaz dla płacących dewizami obywateli zachodu. Zaproszono austriackich specjalistów od narciarstwa, którzy przemierzyli stoki Kaukazu i orzekli, że najlepsze warunki do powstania kurortu narciarskiego są w okolicach Gudauri. W ciągu kilkunastu lat, przy udziale kapitału zachodniego, powstał Ski Resort Gudauri, który dziś oferuje miejsca w kilkudziesięciu różnej klasy hotelach i wielu apartamentowcach. Jest bardzo rozbudowana baza gastronomiczna, całodobowy punkt pomocy medycznej, ostatnio powstało nawet kasyno.

Poranek wita nas pięknym słońcem. Jest kilka stopni mrozu. Zero wiatru i świetna widoczność. Już podczas pierwszego zjazdu przekonujemy się, że trasy są zdecydowanie lepiej przygotowane. Jazda w takich warunkach to wielka frajda. Na dodatek na stokach bardzo mało narciarzy. Ci, którzy są w Gruzji po raz pierwszy, zwracają uwagę na jeden szczegół – tak pięknej scenerii gór jak tu, nie spotkali jeszcze nigdzie, pomimo że nieobce im są plenery Alp, Karpat czy Pirenejów. Szkoda tylko, że to już przedostatni dzień białego szaleństwa. Wykorzystujemy pogodę i dobre warunki na stokach do maksimum. Po godzinie 15, już mocno zmęczeni, wracamy do Deki. Przed kolacją jeszcze wypad do centrum miasteczka, żeby na rozstawionych tam straganach kupić jakieś pamiątki, miejscowe wino i czaczę oraz czurczeli. Po kolacji czas na pakowanie bagaży, bo jutro do 10 musimy zwolnić pokoje. Bagaże zaniesiemy do pomieszczenia wypoczynkowego przy saunie, a potem jeszcze kilka godzin poszusujemy. Aż się wierzyć nie chce, że 5 dni pobytu już za nami.

Tbilisi położone jest w pobliżu naturalnych gorących źródeł z dużą zawartością związków siarki. Sama nazwa stolicy Gruzji wzięła się właśnie od nazwy tych źródeł – tbili to po polsku gorący. Termy znajdują się niemal w samym sercu starej części miasta, a  kopulasty kształt dachu świetnie  wpisuje się w krajobraz małego parku. Bania to łaźnia turecka, którą wybudowali tu wieki temu Persowie. Wcześniej korzystałem z łaźni tureckiej podczas letnich wczasów na riwierze tureckiej, ale ta gruzińska to zdecydowanie inna przygoda. Gdy poszedłem tam po raz pierwszy, miałem nieodparte wrażenie, że wchodzę do miejskiego szaletu. W małym pokoju z niewielkim okienkiem urzędowała pani, która pobierała opłatę i wydawała ręczniki (można też  było u niej kupić zimne piwo). Później schodziło się do pomieszczeń bani. Można wykupić godzinny pobyt w ogólnodostępnej łaźni za 3–5 lari, ale my zawsze wynajmowaliśmy banię dla całej grupy – cena ok. 80 lari za godzinę. W pierwszej sali na posadzce, ścianach i kopulastym suficie kolorowe kafelki. Na środku drewniany stół i dwa długie siedziska z oparciem. Tu się rozbierało i zostawiało zapas piwa. W drugiej sali, naprzeciw wejścia, spory kamienny basen z gorącą siarczaną wodą, doprowadzaną z naturalnych termicznych źródeł. Obok mniejszy, dla odmiany z wodą zimną jak z górskiego potoku. Do tego dwa wykafelkowane, podgrzewane postumenty, na których można poleżeć. Jakby komuś było jeszcze za mało, to jest też typowa fińska sauna. Godzinny pobyt w gronie dziesięciu przyjaciół w takim przybytku to przeżycie, które trudno zapomnieć.

Les 2 Alpes

Pod wieczór zgodnie z prognozą pogody zaczął bardzo obficie sypać śnieg. Kiedy obudziliśmy się w niedzielę rano, wszystko było pokryte białym puchem. Podobno w nocy spadło 40 centymetrów śniegu i wcale nie zanosiło się na to, żeby to był już koniec opadów. Pomimo takiej pogody zdecydowaliśmy się z Piotrem na wyjazd w góry. Wyciągiem El Diablo wjechaliśmy na wysokość 2450 metrów. Tu pogoda jeszcze gorsza. Padał gęsty i na dodatek bardzo mokry śnieg. Widoczność prawie zerowa. Po chwili szyba mojego kasku była całkiem zaklejona. Po jej odsłonięciu za chwilę i moje okulary były zupełnie zaklejone. Zmuszony byłem zjeżdżać bez  nich, więc jechałem prawie na ślepo. Jedyny w tym dniu zjazd do miasteczka, które jest na wysokości 1600 metrów, kosztował nas sporo sił i strachu. Tym bardziej, że przecież zupełnie nie znaliśmy tras, a oznakowanie było takie sobie. Chyba po raz pierwszy od początku moich wyjazdów na narty z Piotrem przyjechałem kilka minut przed nim, co jest zupełnie nie do pomyślenia, bo Piotr to przecież narciarski „pogromca prędkości”.

Tu przypomniał mi się śmieszny epizod z Piotrem. Byliśmy na „męskim” wyjeździe w Andorze. Pierwszego dnia przy bardzo ładnej pogodzie Piotr oczywiście zawsze pierwszy dojeżdżał do dolnych stacji wyciągów. Po cichu umówiliśmy się, że jak on się zagapi, popędzimy do dołu bez zatrzymywania. I tak zrobiliśmy. Dojechaliśmy do dolnej stacji i z uśmiechami na ustach czekaliśmy, żeby zobaczyć jego minę, gdy dojedzie ostatni. Stok przy wyciągu kończył się na dość dużej stromiźnie zakrętem, przed którym ustawiono na dwóch kijkach taśmę z ostrzeżeniem „slow down – danger”. Czekaliśmy niedługo. Zza ostatniego pagórka wyjechał z dużą prędkością Piotr przepasany szarfą, ciągnąc za sobą wyrwane ze stoku kijki, na których była ona zawieszona. To właśnie po tym zdarzeniu Piotr otrzymał ksywę  „pogromca prędkości”.

Od wielu już lat organizuję męskie wyjazdy narciarskie dla niedużej grupki zaprzyjaźnionych miłośników białego szaleństwa. Najczęściej są to wyjazdy na rozpoczęcie lub zakończenie sezonu do Włoch, Francji lub Austrii. Mamy opracowany stały program i aprowizację na takie wyjazdy. Każdy z nas zabiera ze sobą jeden obiad, ale dla wszystkich uczestników. Poza tym robię w Polsce zakupy w hurtowni spożywczej, listę produktów, które kupuję, mam już od wielu lat, po każdym wyjeździe okazuje się, że można jeszcze coś do niej dopisać. W tym roku kupiłem dwie średnie szynki konserwowe, cztery słoiki smalcu ze skwarkami, wiaderko ogórków kiszonych, kawę, herbatę, barszcz instant, dwanaście zup błyskawicznych, boczek wędzony do jajecznicy, kiełbasę żywiecką, osiem konserw mięsnych, paprykę konserwową i sześćdziesiąt sztuk puszkowego żywca. Po przeglądzie dań obiadowych przywiezionych z Polski okazało się, że mamy karkówkę, dwa razy gulasz, udka z kurczaka, gołąbki i golonkę. Dziś na obiad była karkówka duszona w plastrach oraz ogórki kiszone i chleb, który przywieźliśmy z Iławy.

Po pierwszej przerwie na piwo podzieliliśmy się na grupy. Ja jeździłem z Piotrem, Leszek z Krzyśkiem, a Miecio asekurował Cottka, którego umiejętności były najmniej zaawansowane. Ten dzień to naprawdę intensywne szusowanie, my z Piotrem zaliczyliśmy kilka trudniejszych czerwonych tras i jedną czarną. Na jednej z nich zaliczyłem efektownego kozła. Zsuwając się z niedużej muldy, „zakantowałem” zewnętrzną nartą i już nie udało się utrzymać równowagi. Przy dość dużej prędkości przeleciałem na plecach po stoku kilkadziesiąt metrów. Całe szczęście, że wiązania były dobrze wyregulowane i narty dość szybko się wypięły. Zanim się pozbierałem, podjechał jakiś Francuz z moimi nartami i zapytał, czy nie potrzebuję pomocy. Podziękowałem i po chwili ruszyłem dalej. Myślę, że w tym dniu zaliczyliśmy jakieś 50 kilometrów.

Ja szukam wspomnień sprzed  42 lat.

Byłem wtedy tu z Dzidką na wczasach dla młodych małżeństw. W jakim pensjonacie mieszkaliśmy, już nie pamiętam, ale to, że prawie codziennie chodziliśmy na wieczorki taneczne do restauracji „Kaprys” i „Sasanka” (fot. 97), utkwiło mi w pamięci bardzo dobrze. Przypominam sobie centrum miejscowości, wiem, że gdzieś w pobliżu miejsca, w którym się znajduję, był Kaprys, ale nie mogę go znaleźć. Rozpytuję miejscowych, ale są młodzi i nie wiedzą, co się stało z tą restauracją. W jednym z lokali widzę starszą sprzątającą kobietę, więc już prawie jestem pewny, że teraz się dowiem. Po zadaniu pytania słyszę: „Da, eto nieskolko szagow po etoj ulice w wierch, no tiepier to uże niet Kaprys a Bistorante”. Po prostu zaniemówiłem. Po pierwsze, że trafiłem na Rosjankę lub Ukrainkę, po drugie, skąd ona wiedziała, że obecne Bistorante to dawny Kaprys. Idę we wskazanym kierunku i rzeczywiście przypominam sobie fasadę lokalu. Wchodzę do środka i wspomnienia ożywają. Ten sam rozkład pomieszczeń, w tym samym miejscu bar, nawet przeszklony wykusz, w którym kiedyś był parkiet taneczny, znajduje się w tym samym miejscu. Zmienił się wystrój, wymieniono witryny zewnętrzne, ale wszystko utrzymane jest w tym samym stylu co 40 lat temu. To właśnie tu poznaliśmy Irenkę i Rajmunda, z którymi przyjaźnimy się do dziś, tu zaliczyłem śmieszną wpadkę na jednym z wieczorków tanecznych. Na ubaw chodziliśmy dość dużą grupą, zamawialiśmy coś do jedzenia, jedną góra dwie butelki czegoś mocniejszego, a w zanadrzu mięliśmy jeszcze coś swojego do picia. Mnie powierzono funkcję uzupełniania kieliszków w pełnej konspiracji. Najczęściej robiłem to wtedy, gdy na parkiecie trwała wesoła zabawa. Udawało się do czasu. Po jednej z takich akcji podeszła do mnie doświadczona kelnerka  i powiedziała: „Młody, ty myślisz, że jesteś taki bystry i że ja nic nie widzę? Ale już dobrze, tylko maskuj się trochę lepiej”. Kiedy wyjeżdżaliśmy po zakończeniu turnusu, kupiłem goździki i jej zaniosłem. Trzeba było widzieć jej minę. Jak widać po moim opisie, wspomnienia ożyły i to z wielką mocą. Po powrocie do hotelu napisałem SMS  do Rajmunda z życzeniami świątecznymi i wspomnieniami z Kaprysu.

Jasio i Ola nie znali historii nauki jazdy na nartach Mariusza, więc musiałem tę wesołą historyjkę opowiedzieć. Był rok 2008. W naszej rodzinie wszyscy złapali już bakcyla narciarstwa, jedynym wyjątkiem był mój zięć, Mariusz. Doszedłem do wniosku, że pora to naprawić. Nauka pływania poszła koncertowo, więc miałem nadzieję, że podobnie będzie z nartami. Karolina bardzo popierała ten pomysł. Zima była w tym roku wczesna i na początku grudnia w górach śniegu było wyjątkowo dużo. Zaproponowałem wyjazd na Słowację, konkretnie do miejscowości Strbskie Pleso w Wysokich Tatrach. Znalazłem jakiś niedrogi apartament i rozpocząłem kompletowanie „załogi”. Ostatecznie udało mi się namówić moją siostrę Irenę (też miała pierwszy raz w życiu jechać na narty), Marka z Lubawy, którego nigdy nie trzeba było namawiać na wyjazdy narciarskie, no i oczywiście Mariusza. Pogoda podczas podróży była fatalna. Duży mróz i straszna zawierucha, tak że na Słowacji musieliśmy zakładać łańcuchy. Do hotelu zajechaliśmy wieczorem i nasze toasty były w intencji poprawy pogody. Widocznie nasze prośby zostały wysłuchane, bo następnego dnia poranek przywitał nas pięknym słońcem i niewielkim mrozem. Na stoki z hotelu mieliśmy bardzo blisko, więc już zaraz po dziesiątej kupiliśmy karnety i rozpoczęliśmy naukę. Marek ćwiczył z moją siostrą, ja zająłem się Mariuszem.  Okazało się, że tu nie będzie tak łatwo, jak przy nauce pływania. Mariusz to chłopak  sprawny fizycznie, ale były spore problemy (waży około 100 kilogramów). Bał się nabrania szybkości i bardzo szybko po rozpoczęciu jakiejkolwiek ewolucji siadał na tylnej części ciała. Na nic zdawały się moje perswazje, że bez nabrania pewnej szybkości nie nauczy się skręcać. Po jakichś 2 godzinach, gdy był już porządnie zmęczony (a efektów nie było widać), zaproponowałem przerwę na piwo. Przy samym stoku był bardzo fajny bar w kształcie przeszklonego grzyba. Weszliśmy do środka, gdzie było ciepło, zamówiłem piwo, a Mariusz zdjął kurtkę narciarską. Spojrzałem na niego i ze śmiechem powiedziałem: „Mariusz, o kurcze, ty się palisz”. Z jego polaru unosiły się kłęby pary. Jeszcze nigdy nie widziałem kogoś tak spoconego. Widać wysiłek, jaki kosztowała go nauka, był naprawdę solidny. Po przerwie musiał iść do hotelu, żeby założyć suche rzeczy, ale ambitnie wrócił na stok. Nie byłem pewny, czy moje podejście do nauki jest w przypadku Mariusza dobre, więc zaproponowałem, żeby Mariusz wynajął na 2 godziny instruktora. Nie było z tym problemów i po chwili zaczął już ćwiczenia. Doświadczony mężczyzna w średnim wieku rozpoczął naukę bardzo profesjonalnie, ale z daleka widziałem, że nadal największym problemem było przełamanie przez Mariusza strachu przed szybkością. Po godzinie bez zadowalających postępów postanowił zmienić metodę – żeby dać Mariuszowi poczucie bezpieczeństwa, stawał przed nim na stoku w rozkroku (tyłem do kierunku jazdy) i w takiej pozycji, asekurując Mariusza, zachęcał go do nabrania szybkości. Uczeń miał rozpoczynać z szerokiego pługa, a potem nabierać szybkości, zbliżając narty do siebie.  Szło to opornie. W pewnym momencie instruktor, chcąc pokonać asekuranctwo Mariusza, dość ostrym tonem rozkazał: „Łyży ku sobie!”. Chyba ten ton zadziałał, bo Mariusz rzeczywiście złączył narty i nabrał szybkości. Kiedy zrównał się z instruktorem, miał już niezłą szybkość,  chwycił drobnego Słoweńca pod pachy i pojechał na krechę. Wywrócił się po stu metrach. Ja i jeszcze kilka obserwujących to osób nie mogliśmy powstrzymać się od śmiechu.

Moje szczęście to moja rodzina, a więc i moja żona. Przeżyliśmy już razem przeszło 45 fajnie spędzonych lat. Mam to szczęście, że pomimo że jesteśmy bardzo różni, potrafimy wspólnie cieszyć się codziennym życiem. Mnie ostatnio koleżanka nazwała „emeryt z ADHD”, Dzidka jest spokojna, bardzo zrównoważona. Ja zawsze parłem do przodu, chciałem odkrywać nowe, Dzidka była wentylem bezpieczeństwa, studziła mnie w zbyt pochopnych decyzjach. Ale były też momenty, gdy ona była siłą napędową, inspiratorem. To dzięki niej zbudowaliśmy pierwszy dom na naszej działce. Kolejny element szczęścia to mieć wspólne zainteresowania, potrafić się cieszyć ze wspólnych osiągnięć. I jeszcze jedno. Sporą część dorosłego życia zajmuje praca. Jeżeli daje ona satysfakcję i niezłe warunki finansowe, to jest dobrze. Ja nie mogłem narzekać. Pracowałem w kilku dużych firmach, większą część zawodowego życia na stanowiskach kierowniczych. Wypracowałem niezłą emeryturę, chociaż mogłaby być większa. Od prawie 2 lat jestem na emeryturze, ale nie jestem bezczynny. Prowadzę nadal własną firmę o profilu turystycznym i można powiedzieć, że teraz jestem szczęśliwy, bo robię zawodowo to, co kocham, i jeszcze mam z tego jakieś pieniądze. Jak już wcześniej wspominałem, od kilku lat organizuję dla grup wyjazdy narciarskie, oczywiście biorąc osobiście w nich udział. Podsumujmy więc moje szczęście – wspaniała rodzina, spełnienie w pracy i jesień życia wypełniona niekończącymi się wyprawami

Podsumowanie

Podczas opisanych w tej książce wypraw przeleciałem samolotem 29 395 kilometrów, przejechałem samochodem 15 750 kilometrów, zrobiłem na nartach około 460 kilometrów, przepłynąłem łodzią motorową 426 kilometrów, a łodzią żaglową 145 mil morskich ( to razem więcej niż długość równika). Tak aktywnego roku w moim życiu jeszcze nie było, ale kto wie, jeżeli zdrowie pozwoli, może następne nie będą gorsze. Zwiedziłem wiele pięknych miejsc, podziwiałem wspaniałe wschody i zachody słońca, doświadczyłem wiele nieznanych mi dotąd obyczajów, poznałem wielu ciekawych ludzi. Co tak najbardziej utkwiło mi w pamięci? Wielka otwartość i życzliwość Gruzinów, których spotkałem podczas wypraw. Odmienność obyczajów i podejścia do życia w Indochinach, urzekająca przyroda Laosu. I co chyba najważniejsze – nie zawiodłem się na moich przyjaciołach, którzy towarzyszyli mi w wyprawach. Poznałem nowych uczestników wypraw narciarskich i rejsu morskiego i myślę, że już niedługo będę mógł ich zaliczyć do grona moich przyjaciół.